Lato i wakacje w pełni, każdy myśli o odpoczynku, czasie dla siebie. A jednocześnie nie chcemy zgubić drugiego człowieka, zwłaszcza najmniejszego. Z myślą o dzieciach spędzających przynajmniej sporą część wakacji w domu pojawiła się w mojej rodzimej parafii inicjatywa ojców Filipinów Oratorium Letniego. Pierwszą myślą, gdy mnie zaproszono do współpracy przy tym dziele, było powątpiewanie. Półkolonia przy kościele, kto będzie chciał przysłać dziecko na dwa tygodnie do księży, czy to nie będzie drętwo i nudno? Każdy dzień jednak rozwiewał moje wątpliwości.
Grupa ludzi zaangażowanych w to przedsięwzięcie stworzyła szybko wspólnotę rozumiejącą się i zgrywającą niczym zwycięska drużyna Hiszpanii na Euro. Dwóch księży, trzech kleryków, cztery opiekunki i spora gromada osób włączających się w najrozmaitszy sposób np. poprzez szykowanie pysznych bułek, prowadzenie zajęć, udostępnianie pomieszczeń, przewóz. Każdej pomocy nie da się zliczyć. Uczestniczących ponad 50 dzieci nie dość, że się nie nudzi, to tłumnie zjawia się każdego ranka wnosząc radosny gwar do parafialnego ogrodu, który na ten czas stał się bazą zabaw. Kilka spędzanych wspólnie godzin powoduje budowanie sieci relacji, jakie z pewnością zaowocują w życiu wszystkich zaangażowanych. Dzieci nie szukają okazji do wyciągania telefonów, choć nie ma żadnych zakazów, gdyż świetnie się bawią, a kolejne dni przynoszą nowe atrakcje: warsztaty kulinarne, planszówki, gry terenowe, odkrywanie zakamarków miasta i stadionu, a przy tym duża dawka ruchu i sportu. Oczywiście jest chwila modlitwy i poznawanie życia świętych wybranych na patronów grup.
Wszyscy nawzajem poznajemy się bardziej w nieoficjalnych sytuacjach. Ksiądz, który dotąd był dla części tylko kimś stojącym przy ołtarzu, wspólnie gra z nimi w piłkę, a potem siedzi tak samo spocony i umęczony upałem. Chodzę od rana z księżmi po parku zbierając kamienie i patyki, by przyszykować stanowiska do gry. W tym momencie pojawia się w mojej głowie myśl, że kluczowe jest tu słowo wspólnie. Wspólnie jemy, sprzątamy, bawimy się, śpiewamy, modlimy. Tworzą się więzi, a z tych tworzy się społeczność. Tym, co trzeba było zainwestować, przede wszystkim był czas. Klerycy po zdanej sesji, mogli chcieć wypocząć, a tu trzeba od rana grać z młodymi w badmintona, w bierki itp. Opiekunki, na co dzień nauczycielki, zostawiają za sobą szkolny gwar i zamiast wytęsknionej ciszy, mają kolejne dni z pełnymi energii dziećmi. Księża też czekają na kilka dni urlopu, by chociażby odwiedzić bliskich, czy spędzić czas na łonie natury, a mimo to inwestują w młode pokolenie.
Oratorium trwa, a św. Filip Neri czuwający nad tym wszystkim z góry, z pewnością śmieje się jeszcze radośniej, niż chodząc po ulicach Rzymu. Nie jest to wielkie wydarzenie na miarę odbywającego się niedawno festiwalu w Kokotku, ale to przecież takie małe cegiełki budują wielki dom. Można? Można! Wystarczy pomysł, odrobina dobrej woli, szczypta poświęconego czasu, duża doza uśmiechu, kilka kropli przelanego potu, a wszystko przemieszać łyżką dobra. Niech nasz maleńki przykład rozsieje się na inne miejsca.
Cieszę się i jestem wdzięczna, że mogłam w tym uczestniczyć, nauczyłam się znów czegoś o życiu, poznałam nowych ciekawych ludzi, w innych odkryłam nieznane talenty, a ten czas był po po prostu czasem radości, jaka pozostanie na dłużej.
