Osądzanie – nasz chleb powszedni

Łukaszowy fragment 6 rozdziału na najbliższą niedzielę znam praktycznie na pamięć. Wracam do niego wielokrotnie prosząc, by Pan wyrył te słowa w moim sercu. Przyznając, że mam z tym problem, jednocześnie widzę, jak wielką krzywdę wyrządza ludziom nagminne ocenianie.

Na co dzień jako nauczycielka, wychowawczyni coraz częściej pracuję z młodymi ludźmi potrzebującymi wsparcia psychicznego. To, z czym spotykają się w social mediach, to jedna wielka fala tsunami oceniania i osądzania. Każdy aspekt ich życia temu podlega- wygląd, ubiór, zachowanie, znajomi, sytuacja życiowa rodziców, chodzenie (bądź nie) do kościoła, wyniki w szkole. Żyją pod ogromną presją, czy ktoś da im lajka, czy wręcz przeciwnie. A nieprzychylne komentarze przepłacają załamaniem psychicznym, depresją i by zagłuszyć ból serca, decydują się na samookaleczenia. Każda z tych wspaniałych, niepowtarzalnych młodych osób, by przetrwać i nie zatonąć, potrzebuje całej grupy wsparcia – bliskich, terapeutów, lekarzy. Traci najpiękniejsze lata młodości pogrążając się w smutku, zamiast żyć pełnią, rozwijać swoje talenty i rozkwitać niczym kwiat. A wystarczyło… nie oceniać…

A jak jest w naszej wspólnocie kościelnej, tej dużej, jak i lokalnej, parafialnej? Nic lepiej. Z przykrością zauważam wiele zamykających się na inność katobaniek. Słuchając ożywinej dyskusji na spotkaniu małej parafialnej wspólnoty na temat zachowań podczs nabożeństw, zastanawiałam się o co tu chodzi? Raczej nie o Jezusa, choć w teorii medytacja Jego Słowa miała być celem. Jeśli ludziom przeszkadza już nie tylko przyjmowanie Ciała Pańskiego (o zgrozo!) na rękę, ale nawet w pozycji stojacej, lecz również układ rąk wiernych podczas wspólnej modlitwy, czy też przyklękanie w (według nich) niewłaściwym momencie, to przyznam się, że trzeba być herosem, by nie tracić nadziei na ducha ekumenizmu. Ducha, którego bardziej dziś potrzebujemy nie między wyznaniami, ale wewnątrz. Charyzmatycy, tradycjonaliści, neokatechumeni nie potrafią, a może raczej nie chcą, rozmawiać z innymi, by poznać ich spojrzenie, ubogacić swoje doświadczenia. Wydaje  się powracać mentalność plemienna. Swój jest dobry, inny to zły, po co z nim się zadawać. Pozostając w swojej zamkniętej bańce, bedącej jednocześnie strefą komfortu, pozbawiamy się nie tylko możliwości weryfikacji swoich przekonań, ale ograniczamy swój rozwój.

Wszyscy zgodnie uznajemy, że obrzucanie się błotem na forach i w komentarzach jest zjawiskiem negatywnym. I z pewnością wielu stwierdzi, że ich to nie dotyczy. A jak z życiem duchowym? Czy uczciwie zaglądając w głąb swojego sumienia nie znajdziemy tam krytycznego spojrzenia na bliźnich praktykujących inne niż my formy pobożności?
Szczerze obawiam się ludzi, którzy są absolutnie pewni swych religijnych racji, gotowi ich bronić za wszelką cenę. Oczywiście nie mam na myśli prawd wiary, lecz sposoby jej praktykowania, czy pewność przekonań moralistycznych. Memu sercu zdecydowanie bliżej do Heideggera mówiącego, że „wiara, która nie jest stale wystawiana na możliwość niewiary, nie jest wiarą, lecz wygodą.” W podobnym tonie wypowiada się współczesny teolog ks. Tomas Halik pisząc w swej ksiażce „Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe” znamienne słowa: „to, że nasza wiara nie jest niezachwiana, może znaczyć po prostu, że jest żywa”. Wiara sama w sobie pozostaje tajemnicą, nie dając do końca pewnych po ludzku odpowiedzi. Wspaniale rozumiał to papież Benedykt XVI, który na spotkaniu zapytany przez dziecko, dlaczego Pan Bóg pozwolił na tsunami, które zabiło tylu ludzi, odpowiedział „nie wiem”. Oj, wielu dzisiejszych głosicieli z pewnością miałoby na to pytanie jedynie słuszne odpowiedzi.

Swą wiarę, nadzieję i miłość wolę pokładać w Słowie Tego, który nie zawodzi. A On powiedział: „Nie sądźcie, nie będziecie sądzeni, nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni. (…) Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie”.

Marzy mi się, aby w Roku Jubileuszowym te słowa zakorzeniły się w sercach i sumieniach przede wszystkim  ludzi Kościoła, wierzących chrześcijan, mających być solą tego świata. Pan dał człowiekowi wszak wolną wolę, pozwalając nawet odrzucić Jego Miłość. A my nie chcemy dać drugiemu wolności w wyborze jego drogi do Boga. Dajmy ludziom, zwłaszcza tym, których nie rozumiemy,  życzliwość, dobre myśli i … wdzięczność. Gdyż ten klęczący, podczas gdy ja stoję, może ukazać mi piękno zaufania Panu. A ta, która nie bierze udziału we wspólnotowych różańcach, procesjach i nie potrafi odnaleźć się w wielbieniu śpiewem, być może głęboko modli się Słowem polecając też ciebie Bożemu Miłosierdziu. Mamy być Pielgrzymami Nadziei, a ich zadaniem nie jest pouczanie i forsowanie własnej wizji, lecz przyjęcie tego drugiego, innego, poranionego z otwartym sercem. Naśladowanie Pana to prawdziwy hardcore, ale On nie powiedział, że będzie łatwo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *