Trwa odliczanie dni do zakończenia zajęć w roku szkolnym. Aż kipi od emocji, radość miesza się ze smutkiem, niektórzy kończą pewien etap szkolny, z niepokojem, czy też z nadzieją patrzą w przyszłość.
Sporo ich było w moim nauczycielskim życiu, ponad 20. Ostatnimi laty jednak stają się coraz bardziej napięte, zamiast radości i zadowolenia przynoszą dużą dawkę stresu i zniechęcenia. Social media, ale również różne portale pełne są artykułów ludzi uważających się za ekspertów od dziedzin wszelakich, robiących podsumowania, oceniających naszą pracę i oczywiście dających mnóstwo dobrych rad, w jaki sposób poprawić edukację i wszystko, co się z nią wiąże. Tylko nie wiedzieć czemu jakoś ci eksperci nie kwapią się do pracy w szkole, a wakatów coraz więcej.
Największą przykrość mi osobiście sprawiają artykuły o tym, jak to oczekujemy drogich prezentów i cóż to za wspaniałości dostajemy od biżuterii począwszy, poprzez lukratywne vouchery, na drogich sprzętach kończąc. Niczego takiego nie dostałam i czułabym się skrępowana samą taką propozycją. Dla mnie zawsze największym prezentem jest to, gdy widuję po latach moich uczniów, którzy zagadną, opowiedzą co u nich. Relacje, relacje, relacje… w szkole, pracy, w domu, wśród społeczności lokalnej, w kościele. To stanowi wartość. Gdy idąc ulicą słyszę radosne: Dzień dobry pani! To oznacza, że pamiętają, to jest nagroda za moją pracę. I zapewniam, znani mi pedagodzy, a jest ich bardzo duże grono, myślą tak samo.
Osobną sprawą są oceny. Niestety ocenoza jest bolączką polskiej szkoły i jakoś kolejne rządy i reformy nie mają ochoty zająć się tym problemem. Oceny na świadectwie, wyróżnienia z biało-czerwonym paskiem nie są miarą wartości dziecka! A tu w najlepsze trwa przysłowiowy wyścig szczurów. Zarówno rodzice, jak i dzieci wprzęgnięte w ten kołowrotek próbują podwyższyć ocenę z tego, czy innego przedmiotu. Część z nich przynajmniej na pytanie, dlaczego zależy ci na wyższej ocenie, odpowiada szczerze, bo brakuje mi do paska, a wtedy dostanę to i to… (często iphona za kilka tysięcy). Dziecko dostanie prezent, rodzic dumnie wstawi na profilu fotkę świadectwa z paskiem, by poczuć dowartościowanie. Ręce opadają. Czy o to w tym wszystkim chodzi?
Jestem biegaczką amatorką, to nauczyło mnie cieszyć się wysiłkiem włożonym w pokonanie dystansu maratonu. Po każdym z nich nie porównuję swojego czasu ani z innymi biegaczami, ani ze swoimi wynikami z poprzednich biegów. Po prostu jestem wdzięczna samej sobie, za poświęcony na treningi czas, za wysiłek na każdym kilometrze trasy. Czy możemy to przełożyć na życie szkolne? Pokazujmy dzieciom, by doceniały to, że czegoś się nowego nauczyły, a nie tylko zaliczyły, by dostać ocenę i za chwilę zapomnieć. Zróbmy reformę oddolną. Możemy to uczynić tylko wspólnie ramię w ramię nauczyciele i rodzice. Gratulujmy włożonego wysiłku, nie tylko rezultatu.
Wiem, brzmi idealistycznie… ale każdemu wolno marzyć. W każdym razie wolę patrzeć w przyszłość z nadzieją i z radością rozpoczynać każdy dzień szkolnej pracy.

Pani Joanno, po pierwsze wielkie dzięki za Pani pracę i wysiłki. Bardzo odnajduję się w Pani przemyśleniach. Dodałabym od siebie, że sporym problemem w szkolnej rzeczywistości jest to, że nauczyciele stali się samotnymi wyspami. Nie dość, że muszą sobie radzić z nowymi pedagogicznymi wyzwaniami związanymi z kolejnymi pokoleniami uczniów, to jeszcze w dużej mierze stracili wsparcie rodziców. Sama ze smutkiem obserwuje koleżanki i kolegów na rodzicielskich forach w szkołach moich dzieci – „rodzic ma stać murem za dzieckiem”. Aksjomat brzmi dobrze. Ale dlaczego dany rodzic ZANIM zacznie krucjatę w obronie czci swojego dziecka, nie zapyta nauczyciela, jakie są jego obserwacje, doświadczenia czy wskazówki we współpracy z uczniem. Wielu sił i udanego wakacyjnego ładowania akumulatorów.
Dziękuję serdecznie.