Ulmowie – orędownicy na trudne czasy.

Dzisiejsza Eucharystia zaowocowała ogromną ilością najróżniejszych przemyśleń. Do mej parafialnej świątyni uroczyście wprowadzono relikwie błogosławionej rodziny Ulmów, od wielu lat bliskiej memu sercu. Możliwość ucałowania ich i świadomość, że od teraz będą już przy nas, wywołała u mnie radość, wewnętrzny pokój, ale też poczucie odpowiedzialności. W myśl zasady, komu wiele dano, od tego będą wiele wymagać.

Dzieje życia i męczeństwa Wiktorii i Józefa znane są mi bardzo dokładnie. Co roku omawiając z uczniami postawy Polaków wobec Holocaustu w czasie II WŚ przedstawiam ich losy, ukazując heroizm postawy. Od momentu beatyfikacji całej rodziny znacznie poszerza się wymiar ich oddziaływania.

Wspaniali ludzie, żyjący nie tylko dla siebie nawzajem, ale dla społeczności. Tak było przed wojną, gdy udzielali się w stowarzyszeniach, prowadzili nowoczesne gospodarstwo i byli szanowanymi członkami Markowej. Józef samouk, mający rozległe zainteresowania- fotografia, pszczelarstwo, hodowla jedwabników, ogrodnictwo, budowanie wiatraków. Można by wymieniać długo. Wiktoria, grająca w amatorskim teatrze, prenumerująca nowoczesne pisma dotyczące roli kobiety na wsi i łącząca to z opieką nad gromadką dzieci, a jednocześnie uczestnicząca aktywnie w życiu społeczności. Kochający się niesamowicie, co widać na ich wspólnych fotografiach i we wspomnieniach znajomych mówiących choćby o tym , jak Józef w każdej sytuacji liczył się ze zdaniem żony. Zapewne tak się stało również, gdy podejmowali decyzję o przyjęciu pod swój dach kilkorga Żydów, zdając sobie sprawę, co może ich spotkać.

Nie tylko męczeństwo Ulmów jest dowodem ich heroicznej postawy, ale te wszystkie dni, miesiące i lata, gdy ukrywali osiem osób. Każdego dnia musieli ich karmić, zdobywać w różnych miejscach sporą ilość jedzenia, by nie wzbudzać podejrzeń. Nasłuchiwać, czy nikt podejrzany nie kręci się wokół domu, a jednocześnie dawać tym ludziom chwile wytchnienia w nocy, by mogli wyjść na zewnątrz.

Zgłębianie różnych wymiarów życia Wiktorii, Józefa i ich dzieci to proces na lata. Mimo, że wiem sporo, to wciąż odkrywam w nich coś nowego. To też zadanie. Żyli pięknym życiem w potwornych czasach. Są teraz tak blisko mnie, pokazując, jak nie zmarnować swego życia na bzdury, jak żyć pełnią. Czy ja potrafię w moich czasach żyć tak pięknie, jak oni? Dać świadectwo, gdy przyjdzie moment próby?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *