Obciachowa świętość?

W przededniu 1 listopada po raz kolejny social media żyją kwestią halloween, czy jest złe, czy to tylko zabawa. Wydaje się, że temat ten tak rozgrzewa, iż przyćmiewa samą uroczystość Wszystkich Świętych. A z tego, cóż, zapewne cieszą się najbardziej gospodarze piekieł. Może lepiej więc zająć się tematem świętości w trzeciej dekadzie XXI wieku.

Określenie święty w naszym społeczeństwie niestety coraz bardziej staje się pejoratywne. Wystarczy posłuchać zwrotów: „nie zgrywaj świętego”, „niby taki święty, a…”, „nie udawaj świętego”. Świętość została utożsamiona ze świętoszkowatością, którą dawno temu krytykował w swym rewelacyjnym utworze Molier. Ta ostatnia jest na pokaz, aby ludzie widzieli. Nie ma w sobie nic z istoty świętości, która jest prawdziwa, ona jest i nie potrzebuje lansu, czy też bardziej współcześnie lajków. Zapomnieliśmy, a może w wyniku pobieżnej i bezrefleksyjnie prowadzonej formacji, nie wgłębiliśmy się w istotę świętości. Żaden, absolutnie żaden, oficjalnie wyniesiony na ołtarze człowiek nie był w swoim życiu chodzącym ideałem z aureolką na głowie. Nie mógł nim być z samej naszej ułomnej istoty człowieczeństwa. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu potykali się w życiu, a wielu wręcz upadało ryjąc twarzą po ziemi. Zmagali się z ciemnościami niejednokrotnie przez większość swego czasu, jaki spędzili na ziemskim padole. Co ich łączy? Podnosili się, z największych upadków, z najgorszego szamba, w jakie wdepnęli. Siłę do tego i sens walki widzieli w Tym, który jako jedyny jest doskonały i święty.

Dziś, choć nazwanie kogoś świętym, dla wielu jest śmieszne, passe, a nawet obciachowe, widzę wokół mnóstwo ludzi, których mogłabym tym mianem określić. Syn opiekujący się latami schorowaną, przykutą do łóżka matką. Oddana swej pracy pielęgniarka zajmująca się podopiecznymi hospicjum i trzymająca ich za rękę, gdy przechodzą na drugą stronę. Matka, którą łączy pracę zawodową z prowadzeniem domu i wykrawa czas na działania społeczne. Starszy pan zdejmujący nakrycie głowy przechodząc obok świątyni (kto tak jeszcze robi?). Pani z okienka mająca uśmiech i życzliwe słowo dla każdego penitenta, czym rozbraja ich frustracje związane z urzędowymi wizytami. Ksiądz, którego każdego dnia można spotkać modlącego się w cichości kościoła, dający pociągający przykład pięknej kontemplacji. Wolontariusz idący tam, gdzie nikt nie pomaga. To jedynie ułamek promila. Sądzę, że nikt z nich nie określiłby się mianem świętego, część być może nawet dystansuje się od religii, a jednak…

Rozejrzyjmy się wokół w nadchodzące listopadowe dni, a jak znajdziemy kandydatkę czy kandydata, uśmiechnijmy się do nich, dawajmy sobie nawzajem promyczki radości, gdyż poskładane razem stworzą prawdziwą aureolkę. A przede wszystkim codziennie, nie tylko 1 listopada, celebrujmy życie, gdyż ono właśnie jest naszym największym darem. O czym tak łatwo zapominamy, wpadamy w szaleńczy pęd, by prędzej czy później zorientować się, że to nie ma sensu. Wtedy próbujemy wkraczać na drogę samorozwoju, podążamy za radami różnych coachów, podejmujemy najrozmaitsze wysiłki, by stawać się lepszą wersją siebie… Hej, zaraz, chwila… Czy przypadkiem święci nie robili dokładnie tego samego? Z tą różnicą, że nie stawiali sobie poprzeczki wysoko dla samych siebie, tylko z miłości dla Miłości. Cóż, wszystko wskazuje na to, że dążenie do świętości nie jest jednak obciachowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *