Pierwsze dni listopada zachęcają do refleksji, spoglądamy ku licznym świętym szukając w ich życiu inspiracji dla siebie. A tak wielu jeszcze jest kandydatów z rozpoczętymi procesami beatyfikacyjnymi, im też warto się przyjrzeć.
Zwiedzając krypty poznańskiej katedry napotkamy nagrobek wieloletniego arcybiskupa Antoniego Baraniaka, na którego życiu losy polskiej historii odcisnęły twarde piętno. Po zakończeniu II wojny światowej, gdy Polska wpadła w ręce stalinowskich oprawców, biskup Baraniak pełnił funkcję sekretarza prymasa Wyszyńskiego. W 1953 r. zostaje aresztowany przez bezpiekę i rozpoczyna się jego trwająca 27 miesięcy droga przez mękę. Trafia do największej katowni dla więźniów politycznych, na ul. Rakowiecką. Przez ten czas 145 razy jest poddawany wielogodzinnym przesłuchaniom, bity i poniżany w nieludzki sposób. Wszystko po to, by wymusić na nim zeznania przeciwko Wyszyńskiemu, co pozwoliłoby komunistom uderzyć w polski Kościół katolicki. Baraniak zostaje poddany torturom, upodlony i maltretowany fizycznie i psychicznie. Choć w oficjalnych protokołach z przesłuchań nie ma zapisów, są na jego ciele do końca życia ślady, jak choćby kilunastocentymetrowe blizny na plecach.
Późniejszy metropolita poznański nie spisał swoich więziennych wspomnień. Jednak zostały one przekazane w szczerych rozmowach z zaufanymi osobami. Obraz, jaki przedstawiają, pozwala nam określić go jako człowieka prawdziwie niezłomnego i wiernego swym ideałom oraz powołaniu. W jednej z potwierdzonych rozmów wyjawił, że ubeccy śledczy nie mając sposobu, by go skłonić do współpracy zastosowali wobec niego tzw. mokry karcer. Przez kilka dni w ciemności stał nago w potwornej celi, która znajdowała się obok miejsca, gdzie strzelano ludziom w tył głowy. To co pozostawało, czyli ludzkie fragmenty i krew spłukiwano wodą, a całe te odchody wraz z fekaliami spływały do „mokrego karceru”. Tam właśnie stał więzień Baraniak, jak go nazywano, dusząc się wyziewami, gdyż okno było zasłonięte workami z piaskiem. Zwiedzając niedawno miejsce kaźni ubeckich na Rakowieckiej byłam w tej celi. Mimo, że było tam już sucho, a ja przecież byłam całkowicie bezpieczna, po kilku minutach czułam, jak mój umysł zaczyna wariować. On tam spędził godziny, dni…
Potem opowiedział, że mówił do siebie tylko jedno: „Baraniak, ty się nie możesz ześwinić”. Po prostu. To takie ludzkie, gdyż nie widzimy człowieka unoszącego się ponad, przemawiającego z natchnienia, a jednocześnie daje nam on niesamowicie mocny przekaz, jak być wiernym do końca. Nie uległ, przetrwał tę kaźń, tak samo jak wyrywanie paznokci, trzymanie pod kapiącą godzinami na głowę wodą powodującą uczucie rozłupywania czaszki, czy przesłuchania z żarówką świecącą prosto w źrenice. 30 grudnia 1955 r. komuniści w wielkim mrozie chorego wypuścili z aresztu i przewieźli odkrytym samochodem do salezjanów w Marszałkach. Teoretycznie z medycznego punktu widzenia nie powinien tego przeżyć i pewnie tym się kierowali puszczając go. Ale on przetrwał, posługiwał później jako metropolita do 1977 r.
Sługa Boży abp Antoni Baraniak jest dziś dla nas przykładem wierności i niezłomności. Ale też niech pobudza nasze sumienia, czy potrafimy reagować na dziejące się na naszych oczach zło, bo w jego sprawie przez 27 miesięcy męczarni niewiele zrobiono. A tak wiele zależało od jego postawy. Tak wiele mu zawdzięczamy. Uchwałą Sejmu RP abp Antoni Baraniak jest jednym z patronów 2024 r. Niech stanie się naszym przewodnikiem.
