Wakacyjny, gorący dzień… właściwie nie czas na głębokie refleksje. Jednakże one nie chcą czekać. Męczące od dłuższego czasu odczucia musiały znaleźć ujście.
Problem z wiarą, jej przeżywaniem stawał się tak ciężki, jak powietrze w temperaturze 35 stopni, gdy trudno oddychać. Rozdwojony i sprzeczny ze sobą przekaz otrzymywany z różnych źródeł powodował mętlik myśli. Z jednej strony słyszysz słowa będące jak balsam dla duszy o kochającym bez ograniczeń Bogu, otulającym czułością i przyjmującym cię z wszystkimi twoimi słabościami. Za chwilę dostajesz cios, który powala cię na twarz i ryjesz po bruku- jesteś do niczego, spartaczone życie, a przeszłość już zawsze będzie nad tobą ciążyć. Problem w tym, że jeden i drugi pochodzi z ust duchownych przewodników po drogach życia. Masz więc w sobie obraz pełen sprzeczności- ukochana córka czy człowiek bez nadziei?
Pozostając z tym samemu można się pogubić, żeby nie powiedzieć dosadniej… Pomogła pełna szczerości rozmowa, pokazanie swojego bólu i tego, co przeżywasz z osobą, do której masz zaufanie, potrafiąca otoczyć duchową opieką. Trudno pokazywać swoją słabość i lęki. Bez tego jednak nie przyjdzie uzdrowienie. Jestem ogromnie wdzięczna za uświadomienie mi, czym mam się karmić, co dopuszczać, by we mnie wzrastało. A to, co wpędza w ciemną dolinę puszczać dalej, nie pozwalać, by się zakorzeniło. Ewangelia jest Dobrą Nowiną, nie inaczej. A trudne rzeczy trzeba podawać również z Miłością. Ci, którzy tak nie robią, choćby trąbili o tym na wszystkie strony, nie są głosicielami Dobrej Nowiny.
